Ekran smartfona wygasa, a ty wpatrujesz się w ciemny sufit czując się fatalnie. Niby odpoczywałeś, ale fizycznie i psychicznie przypominasz wyżętą do sucha gąbkę. Dopada cię zjazd energetyczny i rosnące poczucie beznadziei. Pytanie brzmi: czy te wszystkie social media i platformy z krótkimi formami wideo faktycznie niszczą nam nastrój od środka, czy to tylko technologiczna panika i gruba przesada starszego pokolenia?
Prawda poparta setkami niezależnych badań naukowych, jest taka, że nie przesadzamy. Za to złe samopoczucie po maratonie w internecie odpowiada fizjologiczna biochemia naszego własnego mózgu, a konkretnie główny neuroprzekaźnik układu nagrody, czyli dopamina. Każdy filmik na TikToku, powiadomienie z czatu na żywo, czy lawina serduszek – to wszystko funkcjonuje jak precyzyjny, miniaturowy i gwałtowny strzał chemiczny wprost do twojego układu nerwowego. Algorytmy zasilające te aplikacje nie powstały po to, by cię uczyć czy autentycznie relaksować. Zostały wyrzeźbione przez najgenialniejszych inżynierów i psychologów behawioralnych w jednym celu: masz przykleić wzrok do ekranu i zostać w aplikacji jak najdłużej. Problem pojawia się w momencie, gdy ta sztuczna, dopaminowa karuzela musi się zatrzymać. Twoja pula neuroprzekaźników spada poniżej poziomu wyjściowego. Czujesz pustkę i przygnębienie, ponieważ twój mózg właśnie wypalił wszystkie rezerwy odpowiedzialne za odczuwanie satysfakcji.
Należy tu jednak rozróżnić dwie kluczowe kwestie: aktywne tworzenie od biernej konsumpcji. Co innego, gdy używasz programów, by stworzyć coś swojego – spędzasz godziny w GIMPie dobierając kolory, montujesz od zera klipy z gier na swojego TikToka czy projektujesz nakładki na własnego streama. To jest praca twórcza. Angażuje korę przedczołową, wymaga skupienia, planowania i przynosi autentyczną, długofalową satysfakcję ze skończonego dzieła. Natomiast bezmyślne przewijanie cudzych treści, bez żadnego celu, to czysta pasywność, która jedynie eksploatuje twój układ nerwowy, nie dając absolutnie nic w zamian.
Druga, równie niszcząca głowę kwestia, to zjawisko ciągłego porównywania społecznego. Social media to perfekcyjnie wyreżyserowany spektakl iluzji. To wyselekcjonowane, przepuszczone przez dziesiątki upiększających filtrów urywki cudzej codzienności, w której nie ma miejsca na błędy, zmęczenie i szarość. Nawet jeśli na poziomie świadomym i racjonalnym doskonale wiesz, że ten cyfrowy teatr to w 80 procentach ściema, to zjawisko i
tak podstępnie uderza w twoją podświadomość. Twój pierwotny, gadzi mózg nie potrafi się powstrzymać od nieustannych porównań. Naprawdę niewyobrażalnie ciężko jest być zadowolonym ze swojego zwyczajnego życia, kiedy dosłownie przed oczami migają ci setki rówieśników, którzy rzekomo bez wysiłkowo wygrywają w to życie na absolutnie każdym polu. Powstaje gigantyczny dysonans między twoją rzeczywistością a wirtualnym mitem.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze potworne przebodźcowanie sensoryczne, z którym musisz się zmierzyć. Nasz układ nerwowy ewolucyjnie nie nadąża za tempem, w jakim ładujemy w niego gigabajty danych. Zastanów się nad tym: w przeciągu zaledwie pół godziny przewijasz na ekranie newsa o tragicznej wojnie z drugiego końca świata, oglądasz płaczące dziecko proszące o datek na kosztowną operację, sekundant później chichoczesz z mema, oglądasz upadającego patostreamera, słuchasz szybkich rad o suplementacji magnezu i patrzysz na taniec do wiralowego układu. Ta gęsta, informacyjna papka wprowadza mózg w permanentny stan najwyższego czuwania i dezorientacji. Organizmu nie da się oszukać logicznymi argumentami – takie potężne przeładowanie zmysłów odczytywane jest przez podwzgórze po prostu jako realne, zagrażające życiu niebezpieczeństwo. Zaczyna więc wyrzucać do krwi olbrzymie ilości kortyzolu, czyli hormonu stresu.
Nie musisz jednak od razu popadać w technologiczną paranoję, kasować wszystkich założonych kont, rzucać swojego smartfona w nurty rzeki i uciekać do drewnianej chaty na odległym odludziu. Kluczem do zdrowia psychicznego jest tutaj samoświadomość. Najlepsze, co możesz dla siebie dzisiaj zrobić, to budować bariery. Ustawianie sztywnych limitów czasowych w aplikacjach, czy choćby zadawanie sobie na głos pytania: „Po co właściwie włączam teraz tę aplikację?” potrafi zdziałać prawdziwe cuda dla twojego nastroju. Czasem najwyższą formą życiowego luksusu i najlepszą rzeczą dla higieny własnej głowy jest po prostu świadome odłożenie telefonu na półkę, posiedzenie w ciszy przez kwadrans i zaproszenie do swojego życia zwykłej, wspaniałej i niedocenianej w dzisiejszych czasach nudy. Zdecydowanie szybciej i skuteczniej zregenerujesz siły wpatrując się w pustą ścianę, niż próbując nadgonić cyfrowy algorytm, który przecież nigdy nie kładzie się spać