Nie mogłeś z nimi tak po prostu pogadać o  gorszym dniu na podwórku czy w szkole, bo każda taka rozmowa magicznie kończyła się  furią rodzica, odwracaniem kota ogonem i robieniem z siebie największej ofiary pod  słońcem. Musiałeś nieustannie chodzić na palcach, tonować własne naturalne emocje i  niczym żywy radar zgadywać cudze nastroje. Jeśli czujesz teraz nieprzyjemne mrowienie na  karku, bo brzmi to dla ciebie aż nazbyt znajomo, bardzo możliwe, że jesteś nieświadomym  członkiem ogromnego klubu zrzeszającego dorosłe dzieci niedojrzałych emocjonalnie  rodziców. 

Czym właściwie jest ten specyficzny rodzaj niedojrzałości, o którym psychologia mówi coraz  głośniej? Mówiąc najprościej to stan, w którym dorośli pod względem metryki i biologii  ludzie, psychologicznie i emocjonalnie utknęli na etapie obrażonego, tupiącego nogą  kilkulatka. Charakteryzuje ich potworny, nieznoszący sprzeciwu egocentryzm, brak  autorefleksji, niezwykła sztywność myślenia i skrajna nieumiejętność radzenia sobie ze  stresem czy najdrobniejszą frustracją. Zamiast wziąć odpowiedzialność za problem,  wybuchają agresją, manipulują otoczeniem, stosują tanie szantaże emocjonalne albo  ostentacyjnie obrażają się na cały wszechświat za to, że życie rzuca im kłody pod nogi. Dla  dorastającego dziecka to bezwzględny, cichy dramat. Dziecięcy umysł instynktownie łapie,  że rodzic nie jest bezpieczną przystanią, więc samo dziecko musi natychmiast stać się  dorosłym. Role odwracają się o 180 stopni, a ty, mając zaledwie kilkanaście lat, przejmujesz  funkcję darmowego terapeuty, rozjemcy w małżeńskich kłótniach albo wygodnego worka  treningowego na ich frustracje. 

Warto przy tym wyraźnie zaznaczyć, że ta rodzicielska niedojrzałość ma bardzo  zróżnicowane i podstępne oblicza. Czasem przybiera postać dyktatora, który musi kontrolować każdy ułamek sekundy twojego życia, uważając, że nikt inny na świecie nie ma  prawa głosu, a jego racja jest najświętsza. Kiedy indziej rodzic staje się wiecznym  męczennikiem, histerycznie reagującym na najmniejszą uwagę, co zmusza cię do ciągłego,  męczącego łagodzenia sytuacji i ratowania go z wyimaginowanych opresji. Są też tacy,  którzy po prostu są z natury odrzucający i wycofaniem, chłodni jak lód, pochłonięci pracą,  dający ci jasno do zrozumienia, że twoje dziecięce potrzeby są nudne i generalnie  przeszkadzają im w życiu. Łączy ich wszystkich tylko jedno: dramatyczny, dewastujący  deficyt prawdziwej, głębokiej i empatycznej więzi z własnym dzieckiem.

Jak ten cały toksyczny bagaż uderza w nas, gdy jesteśmy już ludźmi w pełni dorosłymi,  mieszkającymi „na swoim”? Wbrew pozorom, na zewnątrz często radzimy sobie wręcz  wybitnie, nakładając maskę ludzi sukcesu. Jesteśmy perfekcyjnymi studentami, ogarniamy  świetną pracę. Potrafimy zarwać całą noc, żeby zmontować idealną prezentację na zajęcia, by  zasłużyć na najwyższą ocenę. Ten wewnętrzny pęd wynika z podświadomego poczucia, że na  miłość, akceptację i odrobinę uwagi trzeba sobie ciężko, nadludzko zapracować. Jesteś  empatyczny i wyczulony na nastroje innych ludzi jak zawodowy saper, bo przecież  trenowałeś to w domu rodzinnym przez dwie dekady. Ale w środku wszystko przypomina  wydmuszkę. Masz gigantyczny problem ze stawianiem zdrowych granic. Bierzesz na siebie  za dużo roboty, pozwalasz innym wchodzić sobie na głowę, a co gorsza, lądujesz w  romantycznych związkach z partnerami, którzy bezbłędnie powielają raniące schematy  twoich rodziców. Znowu stajesz się ratownikiem, a twoje własne, fundamentalne potrzeby  spadają na szary koniec listy priorytetów. 

Uzdrawianie z tego wieloletniego koszmaru to długa, powolna i bardzo nierówna walka.  Pierwszym i paradoksalnie najtrudniejszym etapem jest zrzucenie rodziców ze świętego,  kulturowego cokołu „bo to przecież rodzice”. Wymaga to bolesnego przyznania wprost przed  samym sobą: „Tak, zawiedli mnie. Byli niedojrzali i nie dali mi tego, czego jako dziecko  potrzebowałem”. Nie musisz ich od razu nienawidzić, ani całkowicie zrywać relacji  świątecznych, ale powinieneś wreszcie przestać łudzić się, że nagle, w magiczny sposób,  pewnego dnia usiądą, zrozumieją swoje błędy i przeproszą za zepsute dzieciństwo.  Odpuszczenie tej fałszywej nadziei to absolutny krok milowy. Dopiero wtedy zyskujesz  realną wolność i miejsce na budowanie zdrowego, chroniącego cię egoizmu, do którego masz  pełne prawo.