Uzależnienie od drugiego człowieka to nie jest wymysł tanich romansideł ani poetycka metafora zarezerwowana dla piosenek o złamanym sercu. To niesamowicie realny, fizjologiczny stan, w którym nasz mózg zaczyna pracować na dokładnie takich samych obrotach, co mózg nałogowca. Kiedy się zakochujemy, do krwiobiegu uwalnia się chemiczny koktajl o potężnej mocy uderzeniowej. Oksytocyna, solidna dawka dopaminy, serotonina i adrenalina dosłownie zalewają nasze neurony. Czujemy permanentną euforię, nie potrzebujemy snu, mamy mnóstwo energii, a szara codzienność nagle nabiera jaskrawych barw. U większości par ta biologiczna burza z czasem zaczyna naturalnie opadać, zgrabnie ustępując miejsca spokojnemu, stabilnemu przywiązaniu. Problem w tym, że u niektórych ten mechanizm nie hamuje, tylko wciska pedał gazu w podłogę.
Jak w ogóle rozpoznać moment, w którym zdrowa fascynacja zmienia się w nałóg? Najlepiej spojrzeć z boku na życiowe proporcje. W normalnym, wspierającym się związku dwie osoby mają swoje odrębne pasje, własne grono znajomych i przestrzeń na oddech. W relacji nałogowej ten drugi człowiek z dnia na dzień staje się jedynym, ekskluzywnym źródłem szczęścia i sensu egzystencji. Cała reszta przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Twój świat gwałtownie kurczy się do jednej twarzy. Kiedyś miałeś swoje zainteresowania, może odpalałeś wieczorem LoL-a czy CS-a, żeby zagrać ze znajomymi, dłubałeś w programach graficznych, czytałeś książki albo wychodziłeś na miasto. Teraz to wszystko leży odstawione i pokryte kurzem, bo jedyne co robisz, to obsesyjnie wpatrujesz się w ekran telefonu, czekając na powiadomienie. Jeśli partner nie odpisuje przez godzinę, dostajesz duszności, czujesz fizyczny niepokój, poty i totalną gonitwę myśli. Dokładnie tak czuje się narkoman, któremu właśnie odcięto dostęp do działki.
Zdecydowanie najgorszym i najbardziej podstępnym etapem tego mrocznego procesu jest całkowite zatracenie własnego „ja”. Twój nastrój staje się jak marionetka w pełni sterowana przez reakcje partnera. Jeśli on rano rzuci ci uśmiech – masz świetny dzień i góry przenosisz. Jeśli odburknie coś pod nosem – twój świat natychmiast legnie w gruzach i czujesz się bezwartościowy. Zaczynasz naginać własne wartości, zgadzać się na rzeczy, na które normalnie byś się nie zgodził, byle tylko utrzymać obiekt swojego uzależnienia blisko siebie. Granice psychologiczne między wami rozmywają się do tego stopnia, że w pewnym momencie nie masz zielonego pojęcia, gdzie jeszcze jesteś ty, a gdzie zaczyna się już ta druga osoba.
Gdy taka relacja z hukiem się rozpada, syndrom odstawienia przypomina spacer po rozżarzonych węglach. Bezsenność, ataki ostrej paniki, uścisk w klatce piersiowej i absolutny brak apetytu. Mózg bezlitośnie domaga się dopaminy i kompletnie nie przyjmuje do wiadomości racjonalnych argumentów. Wyjście z nałogowej miłości to okropnie stroma góra do pokonania, często wymagająca wsparcia z zewnątrz. Pierwszym, najważniejszym krokiem do odzyskania wolności jest jednak stanięcie przed lustrem i przyznanie racji samemu sobie. Należy pamiętać, że w relacji zawsze musi być miejsce dla obu osób. Nie można porzucać własnych zainteresowań czy znajomych dla ukochanej osoby. Tylko znajdując równowagę można stworzyć prawdziwy, stabilny i wytrzymały związek – nawet jeśli wymaga on na nie widzeniu się z powodu wyjazdów na ryby z kolegami lub wieczornych damskich wieczorów na mieście. Miłość powinna dawać przestrzeń do rozwoju, a nie dusić jak pętla na szyi.